Było sobie życie

Kreskówki są zapewne jedną z ostatnich rzeczy, jakie powszechnie kojarzone są z nauką. Niektórzy podejrzewają je wręcz o wywieranie niezbicie negatywnego wpływu na ich zbyt zagorzałych wielbicieli. Jednak gdyby nie pewna kreskówka, z pewnością nie byłoby mnie dziś pośród Państwa. Jako dziecko z wypiekami na twarzy oglądałam zmagania granulocytów z gronkowcami w serialu „Było sobie życie”, a teraz, już jako licealistka, śmiało mogę przyznać, że to właśnie owo doświadczenie sprawiło, iż po raz pierwszy zainteresowałam się biologią i, w przeciwieństwie do niektórych moich kolegów i koleżanek, nigdy nie postrzegałam jej jako czegoś nudnego lub abstrakcyjnego – lecz jako fascynującą opowieść o nas samych. Wkrótce też postanowiłam, że to właśnie kariera naukowa jest czymś, czemu w przyszłości chciałabym się poświęcić. Zawsze podziwiałam Marię Skłodowską-Curie za to, co udało jej się w swojej epoce, mimo bycia kobietą i cudzoziemką, osiągnąć i pragnęłam iść w jej ślady. To dzięki niej w mojej głowie po raz pierwszy pojawiła się myśl o Nagrodzie Nobla, której to myśli oddaję się regularnie już od kilkunastu lat. Jeszcze jakiś czas temu, kiedy byłam w szkole podstawowej, potrafiłam wykłócać się z przyjaciółką o to, która z nas zostanie więcej razy wyróżniona. Teraz moje oczekiwania są już nieco bardziej realistyczne, ale za to ośmielę się stwierdzić, że ścieżka prowadząca do realizacji owego marzenia wydaje mi się znacznie bardziej wyraźna.

Ale owe naukowe plany pozostałyby zapewne efemerycznymi rojeniami, gdyby nie fakt, że niecałe 2 lata temu udało mi się dostać na obóz naukowy w ramach programu ADAMED SmartUP. Jeśli patrzeć na moje życie z perspektywy rozwoju naukowego, był to z pewnością moment przełomowy. To tam po raz pierwszy zapoznałam się z takimi procedurami jak antybiogram, PCR czy elektroforeza żelowa, które wcześniej uważałam za zastrzeżone wyłącznie dla dorosłych, pełnoprawnych badaczy. Licealistom pozostawała, jak podówczas sądziłam, tylko hodowla fasoli czy pantofelków. Z kolei dzięki rozmowom z ludźmi nauki, którzy nas, licealistów, traktowali jako partnerów, miałam okazję nabrać przekonania, że profesjonalne badania można rozpocząć jeszcze w szkole średniej oraz że do odkrycia czegoś potencjalnie istotnego nie jest bynajmniej wymagany oficjalnie nadany tytuł naukowy.

Także większość moich zeszłorocznych osiągnięć ma swoje korzenie właśnie tam, na warszawskim kampusie SGGW. O konkursie neurobiologicznym Brain Bee, w którego międzynarodowym etapie w Washington D.C. zdobyłam w sierpniu 2017 r. drugą lokatę, dowiedziałam się podczas niezobowiązującej rozmowy z koleżanką, równie jak ja zainteresowaną tajnikami ludzkiego mózgu. Ośmieliłabym się wręcz stwierdzić, że to ludzi takich jak ja, równie zakręconych na punkcie biologii czy chemii, których poznałam na różnych wyjazdach czy wykładach, uważam za kamień węgielny moich sukcesów. Wiedza ma tę zaskakującą właściwość, że mnoży się, kiedy się nią dzielimy, a podczas dyskusji często można dojść do nowatorskich lub zaskakujących wniosków. Co ciekawe, często najbardziej intrygujące pytania zadawali mi znajomi w żaden sposób niezwiązani z biologią czy chemią, nieskrępowani sztywnymi dogmatami i podręcznikowymi regułkami. Przykładem może być wiecznie zadręczająca mnie swoim „dlaczego?” przyjaciółka z klasy o profilu humanistycznym, której dociekliwość i ciekawość świata już kilkukrotnie skłoniły mnie do zastanowienia się nad niektórymi skomplikowanymi kwestiami dotyczącymi czarnych dziur czy epigenetyki.

Jeśli kontakty z innymi młodymi pasjonatami były iskrą, to jednak wysiłek podtrzymywania owego ognia spadł na mnie. I nie będzie to kłamstwo, jeśli przyznam, że moje sukcesy składają się w co najmniej w 90 % z ciężkiej pracy i zagłębiania się w stosy fachowej literatury podczas weekendów, wakacji i Świąt. Perspektywa ta może nie wydać się atrakcyjna, ale, zgodnie z prawdą, dodam, że jeśli poświęcałam swój czas temu, co kochałam, to nawet odczuwane zmęczenie dawało mi swego rodzaju satysfakcję, uczucie podobne do tego, jakiego doświadczają sportowcy po wyczerpującym treningu. Co więcej, zauważyłam, że naukowa pasja potrafi wyzwolić we mnie pokłady determinacji i kreatywności, o jakie nigdy się nie podejrzewałam. Gdy planowałam swoją pracę badawczą na Olimpiadę Biologiczną mającą sprawdzić skuteczność ekstraktów z propolisu i goździków i czosnku w zwalczaniu pałeczek kwasu mlekowego, niespodziewanie stanęłam przed następującym problemem: „jak inkubować bakterie w temperaturze ok. 37°C w warunkach domowych?”. Początkowo wydawał się on trudny, jeśli nie niemożliwy, do rozwiązania. Lecz nie poddałam się, zakupiłam grzałkę z odpowiednio regulowanym termostatem, a szalki szczelnie zabezpieczyłam parafilmem i wstawiłam do akwarium. Z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że sposób ten działał nadspodziewanie dobrze. Myślę też, iż morał całej powyższej historii jest taki, że powinniśmy skupić się na sprawach, w których satysfakcję daje nam nie tylko ostateczny wynik, ale też sam proces dochodzenia doń. Wówczas żadne trudy nie sprowadzą nas z uprzednio obranej ścieżki.

Jednakże, z własnego, ubogiego jeszcze doświadczenia wiem, że, nawet jeśli na horyzoncie majaczą odległe i dalekosiężne cele, zawsze najtrudniej jest zrobić pierwszy krok. I chociaż powszechnie wiadomo, że pomysł sam w sobie jest kwestią kluczową, jego realizacja bywa znacznie bardziej skomplikowana niż mogłoby się to wydawać osobie, która właśnie odkryła coś nowatorskiego. Sądzę, że w takiej sytuacji warto wyznaczyć sobie cel pośredni, pomocniczy względem tego głównego i możliwy do zrealizowania w krótszym horyzoncie czasowym. Moim głównym celem, na chwilę obecną, jest bycie przyjętą na jeden z uniwersytetów ze światowej czołówki. Aby to osiągnąć, startuję w licznych (nawet dość egzotycznych) konkursach i staram się stopniowo zyskiwać doświadczenie w pracy laboratoryjnej. Dodatkową zaletą takiego sposobu działania jest to, że im bardziej cel zbliżony jest w czasie, tym łatwiej jest zmobilizować się do systematycznej pracy nad jego realizacją.

Nie chcąc jednak wydłużać mojego wystąpienia ponad rozsądną miarę, dodałabym tylko, że o ile początki, jak zawsze, były trudne, to ze zdziwieniem mogę zauważyć, iż rozwój naukowy przypomina nieco reakcję łańcuchową (choć potencjalnie mniej destrukcyjną). Każdy sukces czy odbyta praktyka otwierały mi kolejne drzwi, a za każdymi z tych drzwi znów było kilka następnych. Wcześniej mogłam uskarżać się na brak możliwości, a teraz okazji jest tyle, że sam wybór pomiędzy nimi zaczyna być problematyczny. Szczególnie w warunkach ograniczonych przez moją naukę w liceum ram czasowych. Na chwilę obecną mam tylko nieśmiałe marzenie, że może o tej samej porze roku za 2 lata będę już dumną studentką Cambridge. Zdaje mi się, że przez ostatni rok nieco się do realizacji tego celu zbliżyłam. A w odległej przyszłości pragnęłabym zająć się badaniami nad molekularnymi podstawami raka albo chorób neurodegeneracyjnych, takich jak ALS czy choroba Alzheimera.

Jednakże, aby pozostać wierną sobie i zasadom, o których Państwu opowiedziałam, porzucam teraz odległe wizje przyszłości, aby skupić się na bliższych celach. Teraz kwestią niezaprzeczalnie priorytetową jest dla mnie praca badawcza na Olimpiadę Biologiczną. Moje Lactobacilli nie mogą czekać w nieskończoność, a ja czuję się zobligowana wziąć ich los w swoje ręce. Zatem, zamykając moją wypowiedź w klamrę, od kreskówek zacząwszy, na bakcylach kończę.


Autorka: Milena Malcharek

PODZIEL SIĘ